Klucze Zamku Granicznego – Część II, Wyprawy – Rozdział 7. i 8.

7.

Labirynt Magów leżał za Lasem Niepewnych Nadziei, zwanym także Pradawnym Lasem.

Dila z ulgą przyjęła do wiadomości informację, że Evan już może, a nawet musi ze względów bezpieczeństwa z nimi jechać. Nie było bowiem lepszego leśnego przewodnika, nawet jeśli chodzi o tak wielką knieję, którą będą musieli przebyć. Niebezpieczeństwo tego miejsca polegało na tym, że łatwo tam było zabłądzić. Poza tym nie czaiły się żadne inne niebezpieczeństwa, na przykład w postaci dzikich zwierząt czy zbójców.

 

Przez dwa dni jechali brzegiem Bagnisk Cmentarnych. To tutaj wiele pobliskich plemion grzebało swoich zmarłych.

Żywi bali się zapuszczać na te tereny w innym, niż pochówek bliskich celu, a dokonawszy posługi, szybko się stąd oddalali.

Kaja, Evan i Dila spali bardzo mało; chcieli jak najszybciej opuścić tak bliskie sąsiedztwo Bagien. Wiało od nich chłodem.

– Chyba nie wierzycie w duchy? – drażnił się z dziewczętami Evan.

– W straszenie? Oczywiście, że nie – obruszyła się Kaja. Ale w błąkające się zjawy, i owszem. Wiesz przecież, że to się zdarza.

– Gadanie starszyzny – znów zaśmiał się Evan.

– Nie byłabym taka pewna, że to tylko gadanina – wtrąciła się Dila.

Evan machnął ręką.

– Widzę, że i tak was nie przegadam.

Rozpalili ognisko i usmażyli placki; z dżemem truskawkowym były pyszne i wspaniale syciły głód na wiele godzin.

Tej nocy Dila miała dziwny sen. Śniła jej się piękna kobieta o kasztanowych włosach i zielonych oczach, które dziwnie świeciły. Patrzyła na dziewczynę jakiś czas; w końcu skinęła głową i znikła.

 

Rano była mgła.

–  Musimy przeczekać – stanowczo stwierdził Evan, marszcząc czoło. – To mi wygląda na błędną mgłę.

– Co to takiego? – zaciekawiła się Dila.

– To specjalny rodzaj mgły – wyjaśnił chłopak. – Sprowadza podróżnych na manowce. Czasem bywa to niebezpieczne.

– To co robimy?

– Nic. Najlepiej się nie ruszać, bo później możemy się długo szukać, albo, co gorsza, zabłądzić na Bagnach. To Chalenida mogła zesłać tę mgłę.

– Żeby nas zatrzymać?

– Tylko opóźnić nasz marsz. Mgła nigdy nie utrzymuje się dłużej, niż dwa dni.

– Coś knuje?

– Być może, ale póki trzymamy się razem…

– Tak czy owak musimy bardzo teraz uważać.

Dila pomyślała przez chwilę i coś wpadło jej do głowy.

– Czy Chalenida może później zebrać te wszystkie klucze  i uwolnić smoka?

– Musiałaby znów podłożyć jakieś pasujące w zamian. Klucze od wieży zostaną zniszczone, więc na pewno ich nie użyje w tym celu. Jednak ona jest nieobliczalna i może coś wymyślić, żeby uwolnić swojego sługę, jeśli będzie jej zależało.

– Czyli i tak może nam dalej zagrażać, nawet jeśli misja się powiedzie.

– Chyba, żeby ktoś ją…

– Zabił? – spytała niepewnie Dila i zadrżała.

– Nie wiem ,czy to możliwe. Ale unieszkodliwić chyba ją jakoś można.

Dila zamyśliła się. Wróciła pamięcią do Przypustynia. Zamek i jego otoczenie oraz ludzie, mieli tyle tajemnic, ale i ona miała swoją.

Artur miał dwóch synów. Starszy – Marcus – uczył się w Wielkiej Szkole Rycerskiej między innymi sztuk walki. Kontuzja nie pozwoliła mu zdać ostatniego egzaminu przed wyjazdem Dili. Póki co pełnił funkcję starszego giermka, tylko czasami przyjeżdżając na jakiś czas do domu, by pobyć z rodziną.

Mimo skutków kontuzji, ale i dzięki właściwej rekonwalescencji, walczył świetnie i później zaczął uczyć tej umiejętności młodszego brata, Piotra, a później chłopak uczył Dilę. A Marcus opowiadał im legendy, które podobno miały coś z prawdy.

Jedna z nich poświęcona była czarownicom, szczególnie tym potężnym, pięknym, pochodzącym z tzw. Wysokich Rodów. Kodeks nakazywał im przyjmować wyzwania do walki na miecze, bez użycia z ich strony magii, jeśli miały do czynienia z kimś, kto miał prawo do tak zwanej zemsty otwartej lub obrony swojego honoru.

– Szkoda, ze nie mam miecza  – westchnęła Dila cicho.

Evan miał broń, ale nigdy jej nikomu nie użyczał, a co tu mówić o oddaniu na stałe. Żadne tłumaczenia by nie pomogły, był przecież obrońcą i szkolił się na rycerza. Nawet gdyby zdradziła swoją tajemnicę i zamiary, nie zmieniłby zdania.

Koło wieczora mgła podniosła się, ale nikt z całej trójki nie zamierzał kontynuować marszu w ciemnościach nocy.

– Czy mogę jako pierwsza trzymać straż? – poprosiła Dila, która była pewna, że nie zaśnie przed północą.

– Jeśli tylko chcesz.

– Dziękuję!

Evan i Kaja zasnęli szybko i mocno. Dila dołożyła drew do ognia, żeby lepiej widzieć najbliższe otoczenie. Mimo to Bagna tonęły w nieprzeniknionej czerni.

Nagle, tuż przy grubym, spróchniałym drzewie, coś zamigotało na zielono tuż przy ziemi. Małe światełko mrugało w stronę Dili. Dziewczyna odpaliła od ogniska pochodnie i poszła w tamtym kierunku.

Tuz przy ziemi, w drzewie, była niewielka dziupla. To z niej migotało światełko.

Dila schyliła się i poświeciła pochodnią, żeby lepiej widzieć. W dziupli leżał miecz z zielonym, świecącym kamieniem w rękojeści. Dziewczyna sięgnęła po niego. Był nadzwyczaj lekki, jednak starannie wykonany. Metal sprawiał wrażenie rzadko spotykanego i szlachetnego. Rękojeść bogato zdobiona, leżała doskonale w ręce Dili, jakby broń została wykonana specjalnie dla niej.

– A więc jesteś – zza drugiego drzewa wyszła piękna kobieta, którą Dila widziała w swoim śnie. Nie była jednak miła i ciepła, choć taką się wtedy wydawała. – Jestem Chalenida.

 

8.

Stały naprzeciwko siebie i patrzyły sobie wzajemnie w oczy.

– Więc tak teraz wyglądasz – czarownica uśmiechnęła się lodowato. – Cóż, urodą to ty nie grzeszysz.

– Uroda to nie wszystko, bo przemija i łatwo ją przedwcześnie odebrać.

Chalenida zaśmiała się szyderczo.

– Nie zawsze. Popatrz na mnie. Jestem starsza od twojej babki, uwierzysz?

Dila patrzyła w zimne oczy czarownicy i w pewnej chwili olśniło ją.

Marcus mówił, że każda wiedźma ma słaby punkt, w który trzeba trafić, by ją zabić lub przynajmniej unieszkodliwić. Chalenidzie wystarczało zniszczyć urodę.

Czarownica przestała się śmiać, a przez jej twarz przemknął lotem błyskawicy wyraz zaniepokojenia.

– Wyzywam cię na pojedynek! – krzyknęła Dila.

– Ty?! – wiedźma znów roześmiała się szyderczo, a jej śmiech poniósł się echem, hen daleko, nad pogrążonymi w ciemnościach Bagnami.

– Tak! Wiesz dobrze, że mam takie prawo.

Chalenida zamilkła, widząc ogniki w oczach dziewczyny. Kamień w rękojeści jej miecza jarzył się tak, że dookoła zrobiło się jasno. Pochodnia upadła na ziemię i ledwo się paliła.

– Znasz Kodeks, wiedźmo, lepiej niż ja.

– Tak…

– Dobądź więc broń i walcz ze mną. – jak chcesz. Pożegnałaś się z rodziną?

– Nie ociągaj się!

Chalenida ze straszliwym wrzaskiem dobyła długi miecz, do tej pory ukryty między połami jej szaty.

Rozpoczął się bój, broń szczękała o siebie wzajemnie, sypały się iskry. Chalenida była wyższa i silniejsza od swojej przeciwniczki i zapewne bardziej doświadczona w bojach, jednak Dili nie brakowało sprytu i zwinności. Wiedźma, odrzucając czary, nie mogła przewidzieć kolejnych ruchów dziewczyny, co jednak zrównywało niemal szanse obu stron.

Pojedynek wydawał się trwać w nieskończoność. Dila zaczęła odczuwać zmęczenie, wiedziała jednak, że nie może okazać słabości i musi doprowadzić walkę do końca, inaczej będzie zgubiona, a z nią razem Kaja i Evan.

Musiała trafić czarownicę w twarz, najlepiej w piękne, wysokie czoło lub oko.. Teraz… Już…

Czarownica – najwyraźniej także już odczuwając znużenie – spóźniła się z odpowiedzią na cios i zachwiała się lekko; to jednak wystarczyło. Dila błyskawicznie podskoczyła i ostrym końcem miecza dźgnęła nad lewe oko przeciwniczki. Zobaczyła tryskającą krew, a jednocześnie poczuła przejmujący ból w lewym ramieniu.

Jeszcze przez chwilę widziała zalaną czerwienią twarz czarownicy, a później już tylko ciemność.

 

Klucze Zamku Granicznego – Część II, Wyprawy – Rozdział 6

6.

– Świątynia Przeznaczenia na Górze Losu?

– Tak, to nasz kolejny cel. I niestety tym razem jesteśmy zdane tylko na siebie – Kaja z niepokojem myślała o czekającej ją i Dilę wyprawie. – Noga Evana jest jednak zbyt poważnie kontuzjowana i potrzeba trochę więcej czasu, żeby doszedł do siebie.

– Lubisz go, prawda?

– A ty nie?

– Wiesz, że nie o zwykłej sympatii mówię. – Dila wydała się nieco zmieszana.

Kaja wzruszyła ramionami. Fakt, Evan podobał jej się i to chyba ze wzajemnością. Czasem oboje zapominali, że są kuzynami. Jednak zirytowało ją, że Dila zauważyła jej uczucia do syna dowódcy straży.

– Nie czas teraz o tym rozmawiać – Kaja zmarszczyła czoło, pokazując swoje niezadowolenie. – Musimy ruszać. Pasmo Marszowych wierchów jest o trzy dni wytężonego marszu stąd, a jeszcze czeka nas wspinaczka.

 

Jechały w milczeniu; obydwu brakowało Evana jako towarzysza podróży; zawsze potrafił zagaić rozmowę i nie dopuszczał tym samym do niezręcznej ciszy, czy do nudy.

Kaja myślała o pytaniu Dili; siostra zasiała w niej niepokój. Nie zdawała sobie sprawy z tego, że Evan może być jednak dla niej kimś szczególnym, kimś więcej, niż przewodnikiem, towarzyszem, przyjacielem, czy kuzynem. Jak mogła do tego dopuścić? Przecież i tak nie mogliby zostać parą.

Dila obserwowała bacznie siostrę. Po raz pierwszy były sam na sam poza domem. Kaja była zamyślona, jak nigdy przedtem. I wydawała się być zatroskana, ale nie o misję. Może chodziło o ich ostatnią rozmowę? Czyżby jednak ona i Evan…? Cóż, może to martwi Kaję. A może jest zła?

Droga do Pasma Marszowych Wierchów minęła dziewczętom bez przygód, ale w ciężkiej, milczącej atmosferze. Robiło się coraz chłodniej. Kiedy dojechały do Miasta Zaspowców, zaczął prószyć śnieg.

– To dziwne, mamy przecież lato – Dila była zaskoczona pogoda.

– Tu zawsze panuje lokalna zima – powiedziała Kaja i najwyraźniej nie zamierzała ciągnąć rozmowy.

Dila rzadko widywała śnieg. W Przypustyniu zimy bywały dotkliwie zimne, z wiatrami, ale przeważnie bezśnieżne. O śniegu dziewczyna słyszała tylko z opowieści przejezdnych i tych nielicznych mieszkańców wsi, którym zdarzało się odbywać dalsze podróże. Przypatrywała się wiec teraz płatkom opadającym powoli na ziemię, drzewa, wszystko dookoła i na nią samą

Wjechały do Miasta Zaspowców przy zapadającym zmroku. Zatrzymały się w niewielkiej gospodzie. Kaja z góry zostawiła hojna zapłatę, by zajęto się końmi podczas wyprawy sióstr w góry

Nazajutrz dziewczęta kompletowały wyposażenie niezbędne do górskiej wędrówki tak, by mogły spędzić na szlakach kilka nocy.

– Wyśpij się – rzuciła zdawkowo Kaja. – Musimy wstać w środku nocy.

– Dlaczego, skoro i tak…

– Zanim dojdziemy na szlak, będzie południe.

 

Dila obudziła się nagle. Światło księżyca wpadało przez okno i niemal zupełnie cicho. Tylko z łóżka Kaji, spod koca, dobiegało łkanie. Dziewczyna wstała i usiadła na brzegu sąsiedniego łóżka. Położyła rękę na pledzie okrywającym postać jej siostry. Łkanie ustało, a spod pościeli wyjrzała twarz.

– Czego chcesz?

– Usłyszałam, że płaczesz; martwię się o ciebie.

– Niepotrzebnie – burknęła Kaja.

– Daj spokój – żachnęła się Dila. – Nie jestem ślepa, ani głucha. Coś cię dręczy i to nie od dziś, a może jeszcze dawniej, tylko umiałaś do kiedyś ukryć.

Milczały przez chwilę. W końcu Kaja westchnęła.

– Widzisz, – zaczęła już spokojniej – tak naprawdę nikt nie zdaje sobie sprawy z powagi sytuacji. To wszystko zaczyna mnie już przerastać. Nie mam w nikim oparcia. – oparła czoło o zgięcie łokcia.

– Jak to?! – Dila poczuła się dotknięta. – A ja? A Evan?

– Mówię o dorosłych, bardziej doświadczonych, o rodzicach. Ojciec nie jest sobą od czasu rzucenia czaru. Mama sama potrzebuje pomocy…

– Mi też nie jest łatwo. Dopiero co dowiedziałam się, kim naprawdę jestem. Biorę udział w ratowaniu rodziny, której tak naprawdę nie znam. Próbuję się w tym wszystkim odnaleźć. Czy nie możemy sobie jakoś wzajemni pomóc jako siostry?

– Wiesz dobrze, że to nie to samo, co mieć oparcie w rodzicach.

– Chyba nie zamierzasz się teraz załamać?

– Nie mam już skąd czerpać sił.

– A wiesz, co mi się zdaje? – Dila zrobiła efektowną przerwę. – Że ty zakochałaś się w Evanie i teraz trapią cię dwie rzeczy: że go z nami nie ma i że niestety i tak nie ma szans na wasz związek.

– Jak śmiesz?!

– Śmiem, bo to prawda. Gdybym nie ośmieliła się powiedzieć ci tego prosto w oczy, to musiałabyś udać się po pozostałe klucze sama, bo ja byłabym zbyt ogromnym tchórzem.

Dila zamilkła i pochyliła głowę. Kaja patrzyła na nią przez chwilę. Odetchnęła i starała się uspokoić.

– Dajmy już temu spokój – machnęła od niechcenia ręką. – Czeka nas ciężki dzień. Kolejne też  lekkie nie będą.

Dila z trudem powstrzymała się od dalszej dyskusji. Wolałaby mieć już tę sprawę zamkniętą, bo nie lubiła takich niejasności.

Nie kładły się już; i tak musiałyby zaraz wstawać. Poczyniły ostatnie przygotowania do drogi bez słowa. Wyruszyły tuż przed świtem. Zaraz potem na horyzoncie zamajaczyły łańcuchy górskie.

Dila zadrżała; po raz pierwszy zwątpiła swoje możliwości, poczuła się maleńka w porównaniu z potęgą i ogromem przyrody.

Siostry maszerowały wytrwale aż do południa, kiedy to znalazły się na początku górskiej ścieżki. Pozwoliły sobie na krótki odpoczynek. Było chłodno. Powietrze było tu ostre, utrudniało oddychanie i otumaniało. To zaczęło spowalniać ich marsz, kiedy ruszyły w dalszą drogę. Starały się jednak utrzymać w miarę rozsądne tempo.

Pod wieczór rozbiły obóz na pokrytej cienką warstwą zlodowaciałego śniegu polance.- za mało go do budowy igloo lub jakiejś osłony – westchnęła Kaja. – Musimy się starannie okryć i trzymać straż.

To była długa noc, spędzona w niewygodnej, siedzącej pozycji. Rano dziewczęta potrzebowały dłuższej chwili, żeby przywołać ręce i nogi do porządku.

 

Pięły się uparcie w górę.

Pod koniec drugiego dnia dotarły do skał, porośniętych bardzo skromną warstwą prymitywnej roślinności wyglądającej spod śniegu.

– Spójrz – Kaja wskazała na górę, która piętrzyła się wyniośle nad nimi, a zakończoną nie szczytem, a płaskowyżem. – Świątynia Przeznaczenia  stoi właśnie tam. Stąd jej nie dojrzymy nawet za dnia. Teraz rozłożymy obóz, prześpimy się trochę, a jutro o tej porze powinnyśmy być już na miejscu.

Tym razem mogły wykopać jamę w śniegu, w której ułożyły się do snu, osłonięte od wiatru i ukryte przed nadciągającym nocnym mrozem.

 

Na samą górę prowadziła wąska, stroma ścieżyna. Wiał lodowaty wiatr, który dodatkowo utrudniał wspinaczkę.

Na płaskowyż dotarły na godzinę przed zapadnięciem szarości, która dosyć szybko przeistaczała się później w kompletny mrok

Siostry były wycieńczone i głodne, ale jednocześnie zdeterminowane i tak ciekawe Świątyni, że dotarły do niej ostatkiem sił.

 

Z początku Dila była trochę zawiedziona; Świątynia Przeznaczenia wyglądała z zewnątrz bardzo niepozornie: jak dwukondygnacyjna, kamienna chata z kilkoma wielkimi oknami wychodzącymi na wszystkie główne strony świata. Jednoskrzydłowe, proste drzwi były zrobione z ciemnego drewna i sprawiały wrażenie bardzo ciężkich, jednak łatwo ustąpiły, gdy Kaja nacisnęła żelazną klamkę.

Kiedy dziewczęta weszły do środka, ich zachwytom nie było końca. Świątynia wydawała się z tej perspektywy większa, niż od zewnątrz. Z góry spływało delikatne światło, tęczowo zmieniające barwy. Ściany i podłoga pokryte były baśniowymi i mitycznymi mozaikami oraz motywami roślinnymi. Okna wypełniały witraże, których od zewnątrz nie było widać. Sufit ginął w półmroku.

Trudno było stwierdzić, skąd dochodziło falujące barwami światło, ale prawie na pewno nie z samej góry.

Po środku Świątyni stał duży, lecz prosty kamienny ołtarz.

Milczenie przerwała Kaja.

– Nie mam już dzisiaj siły. Prześpimy się w kącie, a rano poszukamy klucza lub wskazówek, jak go znaleźć.

– Nie, poczekaj – Dila podeszła do ołtarza i obejrzała go dokładnie z każdej strony.

– Rób, jak chcesz, ja idę się położyć.

Dila nie odpowiedziała. Szukała wytrwale, mimo że ledwo trzymała się na nogach.

– Chodź tu na chwilę.

– Daj mi spokój!

– Masz dłuższe ręce, ja nie sięgnę.

Złość i irytacja Kaji ustąpiły miejsca zainteresowaniu. Obeszła ołtarz dookoła i przyklękła przy Dili, która wpatrywała się w niewielki otwór wydrążony w kamieniu, tuż nad podłogą.

– Zobacz, klucz jest w środku. Świeci delikatnie na niebiesko.

Kaja bez słowa dokonała zamiany. W tym momencie tęczowe światło przestało falować i pociemniało. Dziewczęta niewiele myśląc, rozłożyły posłanie w kącie. Mimo zmęczenia, spały płytko, przebudzając się co jakiś czas. Nie otwierały jednak oczu. Zasnęły na dobre nad ranem, a kiedy się obudziły, ze zdumieniem stwierdziły, że znajdują się w szałasie zrobionym z gałęzi, tuż przy wejściu na górski szlak.

 

Im bliżej Zamku Granicznego były, tym weselsza wydawała się Kaja.

– Siostrzyczko, wybaczysz mi moje humory? – zapytała w końcu.

Dila wzruszyła ramionami. Była gotowa nie wracać do wydarzeń z ostatniej wyprawy, ale jednak osoba Kaji zaczęła ją coraz bardziej zastanawiać i niepokoić.

– Nie wracajmy już do tego – uśmiechnęła się słabo. – Może kiedyś zdecydujesz się ze mną szczerze porozmawiać o tym, co cię trapi i o uczuciach.

 

– Dziesięć dni?! – zaśmiał się Evan. – Nie było was trzy tygodnie. Zaczynałem się już naprawdę martwić, ale lekarz zabronił mi jeszcze wyjeżdżać na dalsze wyprawy i to w góry.

– Jak to?

– To normalne – chłopak spoważniał. – Nikt was nie uprzedził? Czas w Świątyni Przeznaczenia rządzi się odmiennymi prawami. Dla jednych przemija szybciej, dla innych wolniej.

– Dlaczego to ty nas nie uprzedziłeś?

Evan wzruszył ramionami.

– Mam wrażenie, że rozmyślnie was do mnie nie wpuszczono, kiedy byłem w szpitalu. Może miałyście nie znać szczegółów. A teraz opowiadajcie mi o Świątyni!

 

Klucze Zamku Granicznego – Część II, Wyprawy – Rozdział 5.

5.

– Wyruszamy znowu za tydzień.

– Dokąd tym razem?

– Dowiemy się na dzień przed opuszczeniem Zamku. Wtedy też otrzymamy kolejny klucz.

Nastały spokojne dni, Dila jednak nie mogła przestać myśleć o kolejnej wyprawie.

Zdawała sobie sprawę, że bardzo mało wie o swojej rodzinie; czuła się tu nieswojo. Ale może Kaja ma rację – może dziwne, niezrozumiałe sytuacja były wynikiem czaru Chalenidy?

Dila unikała Kaji i Evana przez cały tydzień, a oni nie narzucali się.

 

***

 

– Jutro mamy stawić się u ojca – Kaja wydawała się być zaniepokojona, choć starała się to ukryć.

– W porządku – Dila odwróciła się twarzą do ściany i okryła szczelnie kocem. – Zgaś już świecę i postaraj się zasnąć.

Także tego wieczoru nie miała ochoty na rozmowę. Lubiła Kaję, ale traktowała ją jeszcze raczej jak przyjaciółkę, niż jak siostrę. Czy dziewczyna to czuła?

W pokoju zrobiło się ciemno.

– Dila?

– Hmmm?

– Gniewasz się na mnie?

– Za co?

– Nie wiem.

– Dlaczego pytasz?

– Bo mam wrażenie, że mnie ostatnio unikasz, a to jut trochę trwa.

– Musiałam sobie poukładać i przemyśleć to i owo.

– Co takiego?

– Ach, takie tam – Dila zamilkła na chwilę. – Chodzi o naszą rodzinę. Nie gniewaj się na mnie. Wierzę, że wszystko się ułoży i wyjaśni.

– Ale nie jesteś zła?

– Nie, głuptasie – głos Dilii zabrzmiał niemal wesoło. – Dobranoc.

Zamilkły, ale obie nie mogły jeszcze długo zasnąć, rozmyślając o nowym wyzwaniu.

 

***

 

– Czerwone Miasto? – Kaja wydała się być lekko przestraszona, ale tylko przez chwilę. Przełknęła głośno ślinę i oblizała spierzchnięte wargi. – Tak, oczywiście.

Wzięła z rąk ojca klucz, ukryła za pazuchą, odwróciła się i szybkim krokiem wyszła z komnaty, a Dila za nią.

 

– Ciężka sprawa – Evan wydawał się zmartwiony, kiedy usłyszał, dokąd tym razem się udają. – To daleko, w Górach Purpurowych. Ruszajmy.

Dosiedli koni i udali się na południe.

– Kaju, mogę cię o coś zapytać?

– Oczywiście.

– Kiedy ojciec wskazał Czerwone Miasto jako nasz nowy cel, wydałaś mi się przestraszona. Dlaczego?

– Nie znasz legendy o tym miejscu? – wtrącił się Evan.

– Nie – Dila wzruszyła ramionami. – Niby skąd?

– No tak, oczywiście, przepraszam.

– Czerwone Miasto jest jednym z najstarszych miast w Naxenii – wyjaśniła Kaja. – Najpierw była to niewielka, drewniana osada. Pewnego dnia dwóch myśliwych zapuściło się w Góry Purpurowe i tu natrafili na wzgórze, zwane później Kopalnianym. Przez przypadek odkryli, że zbudowane jest ono z czerwonego kamienia, świetnie nadającego się do obórki i budowy. Osadnicy zaczęli go wydobywać i wykorzystywać w życiu codziennym. To był początek Czerwonego Miasta, które zaczęło się rozrastać, mieć coraz więcej mieszkańców, aż stało się ważnym punktem na międzypaństwowym szlaku handlowym.

Wydobywanie kamienia nie ustawało; w rezultacie Wzgórze zaczęło przypominać ser, poprzecinany wydrążonymi korytarzami.

Pewnego dnia kopalnia zapadła się w dużej części. Górnicy bali się wchodzić do środka, mieszkańcy Czerwonego Miasta nie otrzymywali więc już dostaw kamienia. Nie budowano nowych domów, a starych nie remontowano, zaczęły więc powoli się sypać.

Handlarze coraz rzadziej zatrzymywali się na tutejszym rynku, czy chociażby na nocleg. Luzie zaczęli się wyprowadzać, aż w końcu Miasto opustoszało i stało się widmem.

Co do zasypanej kopalni, mówi się, że straszą tam duchy górników, przywiązanych do miejsca swojej pracy. Trzech zginęło podczas tej katastrofy. Mówi się, że znaleźli tam coś więcej, niż kamień, ale to już tajemnica tego miejsca.

– To straszne – Dila zadrżała. – Aż mi się zimno zrobiło. Mam nadzieję, że dojedziemy tam przed zapadnięciem zmierzchu.

– Moja już w tym głowa – zaśmiał się Evan., ale Dila wiedziała, że był to śmiech wymuszony.

Nie, Evan się nie bał, ale zdawał sobie sprawę, że był odpowiedzialny za swoje towarzyszki. Nie mógł okazać niepokoju. Nie wierzył w duchy, ale w przekleństwo miejsca, i owszem. Siła natury upomniała się w kopalni o swoje – nie można było brać czegoś bezkarnie, wciąż, bez końca, pozostawiając po sobie jedynie pustkę. Górnicy o tym zapomnieli, a razem  z nimi pozostali mieszkańcy Czerwonego Miasta . Właśnie dlatego upadło ich bogactwo.

Tę noc spędzili w Lesie Jodłowym, w szałasach zbudowanych z gałęzi.

 

***

 

– Ale cisza. Nawet ptaki nie śpiewają – Dili wydawało się to dziwne w lesie.

– Zbliżamy się do ruin Czerwonego Miasta – wyjaśnił Evan.

Faktycznie, las zaczął rzednąć, a między drzewami pojawiły się pozostałości pierwszych zabudowań. Przygnębiająco to wyglądało: ruina obok ruiny, wszystko porosłe trawą, tu ówdzie zaczęło wyrastać drzewo, czasem pośrodku niegdysiejszej ulicy.

– Brrr… Nie chciałabym, żeby zastała nas tu noc.

– Niestety, ale zastanie przynajmniej jedna – Evan zatrzymał konia, zsiadł i dał znać, by dziewczęta zrobiły to samo. – Rozbijmy obóz.

– Tutaj?!

– Tak. Patrzcie, tam jest studnia, jesteśmy osłonięci od wiatru tą ścianą i mamy wokół mnóstwo drewna na ognisko.

Evan miał rację. Rozbili wiec obóz, rozpalili ognisko i zjedli coś z zapasów na drogę.

Zapadł zmierzch. Światło ogniska sprawiało, że dookoła tańczyły cienie. Do życia budziły się nocne zwierzęta.

Kaja, Dila i Evan położyli się spać wcześnie, chcieli bowiem wyruszyć do starej kopalni z samego rana. To tam spodziewali się znaleźć klucz.

Kolejny dzień rozpoczęli zgodnie z planem; kiedy pierwsze promienie słoneczne padły na wierzchołki drzew, dojeżdżali już do celu.

Zostawili konie w pobliżu, na wszelki wypadek, gdyby musieli opuszczać to miejsce w pośpiechu. Wierzchowce doskonale wiedziały, co mają robić – były stworzone do wypraw, w których liczyły się odwaga, wierność, spryt i prędkość.

Wejście do kopalni było niemal całkiem zasypane. Tylko wchodząc wąskim przesmykiem wolnym od zawaliska, będą mogli się przekonać, jak daleko da się zajść i czy to wystarczy, by znaleźć choć wskazówki dotyczące poszukiwanego klucza.

– Idę pierwszy – Evan ruszył przodem.

Nie odzywali się więcej do siebie. Tu niezbędne okazało się maksymalne skupienie. Jeden niewłaściwy ruch i zginą pod skalami albo zostaną uwięzieni z marnymi szansami na ratunek. Tak czy owak marny byłby ich los.

Trasę pokonywali bardzo powoli. Nieśli ze sobą małe kaganki, które rzucały jednak wystarczająco dużo światła. Od pewnego momentu z każdym krokiem robiło się coraz goręcej i bardziej duszno.

Wąziutkie przejście miało kanciaste, powybrzuszane ściany, sufit oraz chodnik.

Kaja, Dila i Evan zaczęli tracić poczucie czasu – nie wiedzieli jak długo już tak idą, ani jak głęboko dotarli. Nawet chłopak czuł się nieswojo. Odważny i wyćwiczony w bojach i marszu, niewiele do tej pory przebywał w miejscach, jak to.

– Chyba schodzimy poniżej poziomu powierzchni ziemi – głos Dili był cichy i niepewny.

– Też mi się tak wydaje  – Kaja zatrzymała się. – Chyba zrobiliśmy niemądrze, że weszliśmy tu wszyscy na raz.

– Słusznie. Jedna z was powinna zawrócić. Nie możecie obie się tak narażać. To dopiero druga wyprawa – stwierdził Evan.

– Dila, zawrócisz i poczekasz na nas przed wejściem – głos Kaji był stanowczy.

– Ale…

– Siostrzyczko, nie ma żadnego „ale”. Wyjdziesz i przeniesiesz obóz przed kopalnię. Poczekasz na nas dwa dni. Jeśli do tego czasu żadne z nas nie wróci…

– Nawet tak nie mów!

– Ciszej! Każdy hałas może spowodować nieszczęście – upomniał je Evan.

– Idź już –ponaglała Dilę Kaja. – Po dwóch dniach, jeśli nie wrócimy, udasz się do ojca; on powie ci, co masz dalej robić. Idź już, proszę.

– Nie mogę. Nie jestem tchórzem – Dila poczuła złość. Kaja traktowała ją najwyraźniej jak małe dziecko, które trzeba koniecznie chronić.

– Wiem, siostrzyczko. Ale przyznaj, że to byłoby nierozsądne, gdybyśmy zginęli tu wszyscy.

– To dlaczego ty nie wrócisz?

Twarz Kaji spochmurniała.

– Dilo, jestem twoją starszą siostrą. Moim zadaniem jest chronić cię, jak długo się da.

– Nie jestem już małym dzieckiem – syknęła Dila, mając łzy wściekłości i bezsilności w oczach. Była wdzięczna losowi, że w tym świetle tego nie widać.

– Idź już, siostrzyczko – głos Kaji złagodniał. – I uważaj na siebie.

Dila westchnęła, zrozumiawszy, że już nic nie wskóra. Nie mogła znaleźć słów pożegnania, skinęła więc im głową, odwróciła się i ruszyła w powrotną drogę. Słyszała, że i oni natychmiast wznowili marsz. Wkrótce w korytarzu znów zapanowała cisza; Dila słyszała tylko własne kroki. Poczuła się samotna, jak nigdy przedtem. Nie była już zła, ale rozgoryczona. Zaczęła się bać, ale nie o siebie. Co powie ojciec, jeśli Kaja nie wróci? A może on już dawno wie, co im jest pisane? Czy zdaje sobie sprawę z niebezpieczeństwa, jakie im grozi? Zgodził się ot tak na ich misję, jakby mu na nich nie zależało. A może nie miał po prostu innego wyjścia? Przepowiednia, czar…

Rozmyślania sprawiły, że Dili wydało się, że droga powrotna na powierzchnię trwałą krócej, niż w tamtą stronę. Sądząc po wysokości pozycji słońca, musiało niedawno minąć południe.

Las stał pogrążony w ciszy, nie drgnął najmniejszy listek, nie odzywał się żaden ptak. Konie pasły się nieopodal, koło małego źródełka.

Dila dopiero teraz zdała sobie sprawę, że chciało się jej pić. Zapas napoju w jej podróżnej butelce dawno się skończył, pozostało jej więc tylko jedno.

– Skoro konie stąd piły, to i ja mogę – podeszła do źródełka i zaczerpnęła obiema dłońmi nieco wody. W tym momencie na dnie naturalnej misy coś zabłyszczało. Dila odgarnęła kamyki i jej oczom ukazał się klucz!

– A niech mnie… Co teraz?

Wiedziała, że musi od razu podmienić oba klucze. A tamten miała ze sobą Kaja, chociaż nie… Dila spojrzała na wierzchowca siostry i zbladła. Kaja przytroczyła do siodła płaszcz, w wewnętrznej kieszeni którego schowała klucz! Czyli ich wejście do kopalni było, tak czy owak bezsensowne! Dziewczyna nie miała dużo czasu na myślenie; podbiegła do płaszcza, wyjęła klucz i zamieniła go z tym ze źródełka. Teraz pozostało jej już tylko czekanie.

Przeniosła obóz z poprzedniego miejsca w okolice kopalni. Zapadał zmierzch. Dili udało się rozpalić małe ognisko – nie na tyle duże, by dawało ciepło, ale żeby rozjaśnić zapadające ciemności. Z większym ogniem dziewczyna wolała nie ryzykować ze względu na pobliskie drzewa.

Drzemała lekko, oparta plecami o wielki głaz, ale nad ranem musiała zasnąć mocniej.

Obudziła się nagle, nie wiedząc, gdzie się znajduje. Było chłodno; niebo zaczynało się powoli rozjaśniać.

Nadal było bardzo cicho; ani jeden listek nie drżał. Mimo to, a może właśnie dlatego, Dila czuła duży niepokój. Coś musiało się wydarzyć, kiedy spała.

Konie stały blisko siebie, potrząsając od czasu do czasu łbami.

Dila rozpaliła jeszcze raz ogień, żeby ogrzać chociaż ręce.

Kiedy rozjaśniło się na tyle, że dziewczyna widziała wyraźnie grunt pod nogami, zaczęła się przechadzać.

Kaja i Evan niepotrzebnie narażali zdrowie. A może nawet życie; w każdej chwili mogli zginąć, podczas gdy od samego początku nie mieli ze sobą klucza, a zadanie zostało wykonane na zewnątrz.

Dila podeszła do wylotu kopalni i zaczęła nasłuchiwać. W tym momencie usłyszała kroki i głosy z lewej strony. Zamarła na króciutką chwilę i przyczaiła się za głazem. Na początku nie była pewna, ale nadchodzący zbliżyli się, uradowaną dziewczynę opuściły wszelkie wątpliwości: to Kaja i Evan!!!

Wyszli zza skały; byli zakurzeni, a chłopak kulał na lewa nogę i musiał się podpierać kijem. Posykiwał z bólu, a jego twarz co i rusz wykrzywiał grymas cierpienia; musiało go bardzo boleć. Oboje wyglądali bardziej na złych i zrezygnowanych, niż zmęczonych.

– Och, jesteście nareszcie! – szczerze uradowana Dila podbiegła do przybyłych.

– Cóż z tego? – obruszyła się Kaja. – Nie dość, że nic nie znaleźliśmy, to jeszcze zabłądziliśmy, a Evan skręcił nogę i jeszcze się w nią zranił. Tylko szczęściem wyszliśmy na zewnątrz jakimś bocznym chodnikiem, którego nie zasypało. Musimy wrócić do Czerwonego miasta; może tam znajdziemy chociaż wskazówki.

– Cóż. I tak nie zabrałaś klucza z płaszcza więc…

– Czyli i tak nasze wejście do tego strasznego miejsca było daremne – Kaja miała w oczach łzy bezsilności. – Zmarnowaliśmy tylko czas.

– Ale jest i dobra wiadomość – Dila przerwała siostrze; nie chciała już dłużej trzymać w tajemnicy pomyślnych wieści, widząc przykry stan siostry i Evana. Uniosła zamieniony klucz do góry. – Był w źródełku. Gdybyśmy nie weszli do kopalni, a ty byś mnie nie odesłała, prawdopodobnie nikt z nas by w ogóle nie szukał w tym miejscu.

Evan osunął się z ulgą na kolana, na jego twarz wrócił lekki rumieniec, jednak nie miał już siły. Ze zmęczenia nie mógł nawet mówić, ale wyraz jego twarzy wyraził to, co w tej chwili poczuł.

– Nie zawiedliśmy więc – Kaja także zapomniała o smutku.

Tej nocy Dila czuwała nad śpiącymi. Byli wykończeni i spali twardo aż do rana.

 

Klucze Zamku Granicznego – Część II, Wyprawy – Rozdział 3. i 4.

3.

Krótko po tym, jak zaczęło dnieć, w Igotynie zaczęło budzić się życie, jak w każdy dzień targowy.

Handlarze jechali na bazary lub na jeden z trzech głównych rynków, żeby rozstawić stragany i wyłożyć na nich swoje towary. Sklepikarze przyjmowali większe, niż zwykle dostawy, a w jadłodajniach kucharze zaczynali przygotowywać większe, niż w dzień nie targowy ilości potraw.

Kiedy słońce wzniosło się nad horyzont, wraz z całym tłumem główną bramę przekroczyło troje wędrowców na białym i dwóch gniadych koniach. Z całej trójki dwie osoby były młodymi dziewczętami.

W Igotynie rzadko widywano kobiety na koniach, czy jakichkolwiek innych wierzchowcach, podróżnicy spotykali się więc często z ciekawymi lub podejrzliwymi spojrzeniami miejscowych. Podróżnikom udało się jednak spokojnie dojechać do zajazdu, w którym było także miejsce dla koni.

Pozostawiwszy szlachetne zwierzęta pod dobrą opieką, Kaja, Dila i Evan weszli do zajazdu. Płacąc z góry, poprosili o dwa pokoje. Gospodarz natychmiast spełnił ich prośbę; wskazał drogę na piętro i od razu przysłał służącą z gorącą strawą.

– Co teraz? – spytała Dila, kiedy zostali sami w pokoju dziewcząt.

– Cóż, musimy iść dalej twoim tropem w Igotynie. Tylko tyle przychodzi mi do głowy. – Evan przełknął pierwszą łyżkę zupy. – Gdzie znalazł cię Artur?

– Podobno na największym tutejszym rynku, zwanym Placem Środkowym.

– Czyli mogłaś mieszkać w pobliżu.

– Albo mógł mnie tam przyprowadzić ktoś z innej dzielnicy, idąc na zakupy.

– Mógł to być zwykły mieszkaniec lub ktoś, kto także pracował na Rynku jako sprzedawca.

– Też racja.

– A w co byłaś ubrana?

– W szarą, płócienną sukienkę i zwykłe, proste chodaki.

– Musimy poobserwować, kto w Igotynie właśnie tak ubiera dzieci.

Mimo zmęczenia i tęsknoty za wygodnym łóżkiem oraz snem, zaraz po posiłku cała trójka wyruszyła do miasta.

Evan pierwszy zauważył pewne prawidłowości i zasady obowiązujące w mieście.

Ludzie nie różnili się w mieście znacznie stanem posiadania. Nie było tu bogaczy, ani nędzarzy. Wszyscy ubierali się skromnie. Wkrótce okazało się, że to dzielnice miały wpływ na kolor przeważający w ubiorach. Ludzie z obrzeży ubierali się w różne odcienie zieleni. W dzielnicy, w której znajdowały się wszystkie główne urzędy, ludzie ubierali się w brązy, wpadające czasem w beże. Mieszkańcy dzielnicy szkolnej chodzili w granatach i jasnych odcieniach błękitu. Wreszcie szarości dominowały w części rzemieślniczej, związanej z wyrobami ze skór.

– Co teraz? – zaczęła zastanawiać się Kaja. – Chyba nie będziemy chodzić od domu do domu i pytać, kto trzynaście lat temu przygarnął noworodka, albo kto zgubił dekadę temu dziecko?

– Nie wiemy tak naprawdę, co się tutaj ze mną działo – przypomniała Dila. – Artur szukał przecież rodziny, której mogłam się zgubić, wypytywał o informacje, bez skutku. Zostawił w ratuszu wiadomość, że mnie zabiera pod opiekę swoich krewnych, jednak przez te wszystkie lata, nikt nie przybył z Igotynu do Przypustynia i nie pytał o mnie.

– Chodźmy, porozglądamy się po dzielnicy.

Ulice nie były tu szerokie, ale utrzymane w czystości. Po obu ich stronach mieściły się zakłady rzemieślnicze – krawców, szewców, garncarzy, stolarzy i wielu innych, a także różnorodne sklepy. Tu i ówdzie znajdowały się także bary i karczmy.

Jeden budynek stał zupełnie opuszczony, z pozabijanymi deskami drzwiami i oknami. Było to dość nietypowe, jak na tę okolicę.

– „Pod Krzywym Zwierciadłem” – Kaja z trudem odczytała nazwę na wyblakłym szyldzie, którego do tej pory nie zdjęto. Wisiał już ledwo na jednym łańcuchu i każdy powiew wiatru   kołysał go we wszystkie strony.

– Jeśli chcecie państwo coś zjeść, zapraszam „Pod Cztery Srebrne Gołębie”; to tu, naprzeciwko. – Dziewczęta i Evan obejrzeli się w stronę, skąd dochodził głos. Za nimi stał niski, grubawy mężczyzna i usłużnym gestem wskazywał bar po drugiej stronie ulicy.

– Właściwie to…

– Właściwie to chętnie – Evan uprzedził Kaję w odpowiedzi. – Chodźcie, może się czegoś dowiemy – szepnął do dziewcząt.

Poszli więc, usiedli w środku i zamówili dania, a Evan zapłacił z góry. Właściciel patrzył na nich zaciekawiony; rzadko ostatnio miewał gości spoza Igotynu. W końcu Evan kiwną na niego ręką.

– Co pana w nas aż tak ciekawi?

– Cóż, tego… – mężczyzna na chwilę stracił pewność siebie. – Rzadko jadają u mnie przyjezdni i to tak młodzi, którzy w dodatku płaca bez gadania z góry.

– Cóż, dziećmi już nie jesteśmy – obruszyła się Kaja.

– A jaki jest cel waszej podróży, jeśli wolno spytać?

– Ach, takie tam – Evan machnął od niechcenia dłonią. – Powiedzmy, żeby lubimy zwiedzać różne strony kraju. Właśnie wracamy do domu, a tu jesteśmy przypadkowo.

– Jest tu coś ciekawego do zobaczenia? – Dila podchwyciła trop podjęty przez Evana.

Barman wzruszył ramionami, niepocieszony, że nie otrzymał konkretnej odpowiedzi na swoje pytanie. Ci młodzi byli dobrze ubrani, a tacy raczej nie jeżdżą po kraju bez konkretnego celu.

– A co to za budynek na przeciwko? Jakaś karczma?

– Ta zabita na cztery spusty?

– Aha…

– Karczmę „Pod Krzywym Zwierciadłem” prowadziła ta sama rodzina od  dobrych kilku pokoleń. To jeden z najstarszych tego typu lokali w mieście. Ostatnim właścicielem był Oliver Miłosz. Miał żonę i czworo dzieci, w tym jedno, najmłodszą dziewczynkę, adoptowaną. Pewnego dnia, zupełnie niespodziewanie i nagle, rodzinka zapakowała cały swój dobytek na wóz i wyjechała, nie tłumacząc się nikomu. Zabili okna i drzwi deskami w wielkim pośpiechu, jakby o życie chodziło. To wszystko, co o nich wiem.

– A co się stało z tą adoptowaną córką?

Właściciel baru podrapał się po łysej głowie.

– Nie mam pojęcia; prawdopodobnie zabrali ją ze sobą, choć mój kuzyn, który pracował wtedy w ratuszu, twierdził, że jakiś obcy spoza miasta mówił, że znalazł na ulicy jakieś trzyletnie dziecko, błąkające się bez opieki w szarej sukienczynie. Zresztą kogo to obchodzi? Tu luzie uczciwi i w razie biedy nie dadzą nikomu umrzeć z głodu, ani skrzywdzić, tym bardziej dziecka.

Evan spojrzał na swoje towarzyszki. Byli trochę zawiedzeni, ale barman faktycznie chyba nic już więcej nie wiedział.

– Pójdziemy już – Kaja pierwsza wstała od stołu. – Dziękujemy.

– Gdyby państwo jeszcze czegoś potrzebowali, zapraszam.

Kiedy wyszli, budynki rzucały już dość długie cienie.

– Myślicie, że zostawili mnie tu specjalnie, czy po prostu przeoczyli, że się od nich odłączyłam? I co musiało być powodem ich wyjazdu, że na to nie zwrócili uwagi?

– Tak, czy owak pisane ci było, żeby znalazł cię Artur. To nie wina tych ludzi, a już tym bardziej twoja. Musiała się wypełnić przepowiednia i to, co było ci pisane.

Dila zamyśliła się. Z tamtych czasów nie pamiętała kompletnie nic, jakby ktoś odjął jej pamięć. Zapomniała nawet, jak wyglądali jej opiekunowie i ich dzieci. Przez całe lata nie zastanawiała się nad tym i nie myślała o nich.

– A co z kluczem? Gdzie go szukać?

– Ja bym zaczął od tej zamkniętej karczmy – Evan zmarszczył czoło, myśląc usilnie.

– Ale jest zamknięta na cztery spusty. Musielibyśmy się włamać.

– Być może nie będziemy mieli innego wyjścia. Skoro idziemy niejako tropem Dili, to właśnie od tego miejsca powinniśmy zacząć. A na początek przyjrzymy się budynkowi od strony podwórza. Chodźmy zobaczyć, jak możemy się tam dostać.

Obeszli przecznicę, starając się nie zwracać na siebie niczyjej uwagi. Mieli szczęście. Po drugiej stronie, między dwoma budynkami, znaleźli wąziutkie przejście.

– Zorientuję się w sytuacji – Dila wślizgnęła się między domy. Po drugiej stronie przesmyku znajdowało się niewielkie prostokątne podwórko, chyba rzadko lub wcale ostatnio nie uczęszczane, bo porosłe wysoką trawą.

Dila podeszła do tylnej ściany karczmy. Były tu wąskie drzwi i dwa niewielkie okna, zapewne należące do zaplecza i kuchni. Nie zdążyła przyjrzeć się wszystkiemu lepiej, bo usłyszała, że Kaja ją woła. Wróciła więc do towarzyszy i zdała im relację.

– W porządku; teraz wracamy do zajazdu i odpoczywamy; wrócimy tu po zapadnięciu zmroku.

 

4.

Nikły blask kaganka ledwo rozświetlał drogę. Na podwórko nie docierał jeszcze blask wschodzącego księżyca, więc wydawało się, że jest tu jeszcze ciemniej, niż na ulicy.

– Od czego zaczynamy?

– Musimy sprawdzić, czy wszystkie gwoździe trzymają nadal bardzo mocno. Może któraś deska spróchniała i da się ruszyć.

Zabrali się do pracy. Ciemności nie ułatwiały poszukiwań, a dodatkowo musieli zachowywać się bardzo cicho.

W pewnym momencie dało się słyszeć sykniecie Dili.

– Co się stało? – szepnął zaniepokojony Evan.

– Potknęłam się w tej trawie. Nie wiedziałam, że jest tu jakaś nierówność, coś jak podwyższenie przed drzwiami.

Uklękła i zaczęła na oślep macać rękami w miejscu, w którym się potknęła. Natrafiła na obluzowany kamień.

– Evan, podejdź tu. Podważ ten głaz.

Chłopak uczynił to z trudem. Dopiero trzecia próba zakończyła się powodzeniem.

– No, nareszcie! Kaja, poświeć kagankiem; zdaje się, że coś tu jest.

– Klucz!

– Co teraz?

– Musimy podmienić oba klucze. Kaja, wyjmij ten, który dał ci ojciec. A teraz szybko, przetaczamy z powrotem kamień.

– Chyba ktoś się zbliża… Szybko, zgaś lampkę!

Przywarli do ściany w kącie podwórka. Przez przesmyk między domami ktoś szedł; trzymał w ręku dużą latarnię. Dila, Kaja i Evan wstrzymali oddech. Zobaczyli strażnika, który widocznie pełnił nocną służbę i pilnował spokoju akurat w tej dzielnicy. Był już blisko; zaraz krąg światka rzucany przez latarnię zbliży się na niebezpieczną odległość do całej trójki. W ostatniej chwili z ulicy dobiegło wołanie:

– Tytus?!

– Co? – strażnik zatrzymał się i odwrócił w stronę przesmyku,

– Chodź tu! Mam awanturującego się pijaczynę. Ten sam, co i wczoraj. Bierzemy go do aresztu. Nasze przestrogi nie dały mu nic do myślenia.

Tytus zaklął; najwidoczniej wysiłek nie był po jego myśli tej nocy.  Odwrócił się na pięcie i wyszedł z podwórka.

– Uff – Kaja aż usiadła na ziemi. Nogi się pod nią trzęsły. Evan zaśmiał się cicho i zapalił na nowo kaganek.

– Było blisko.

– Ale nam się udało.

– Mogło być nieciekawie.

– Chodźcie, idziemy do zajazdu. Dila, co z twoją nogą?

– Lepiej, niż z nerwami.

Droga powrotna zajęła im więcej czasu, niż w tamtą stronę; teraz wiedzieli, że muszą uważać na strażników, żeby niepotrzebnie nie wzbudzać podejrzeń.

 

– Opuszczacie nas tak szybko, znienacka. Czy coś się stało? – właściciel zajazdu wydawał się być szczerze zmartwiony.

– Nie; załatwiliśmy nasze interesy szybciej, niż z początku zakładaliśmy – wyjaśnił Evan z czarującym uśmiechem. Spojrzał na Dilę i Kaję. – Pospieszcie się, moje drogie. W południe musimy być już w drodze, przynajmniej przy Błękitnej Kipieli.

– Dlaczego mamy aż tak gnać?

– Czekają na nas – Evan nachylił się ku Dili i szepnął: – Właściciel zajazdu wydaje się być dosyć wścibski. Widział nas, kiedy wróciliśmy w środku nocy. Dziś przy śniadaniu cały czas nam się przyglądał.

Kiedy wsiedli już na konie, Evan zdecydował:

– Wyjedziemy Bramą Zachodnią. Pokluczymy trochę Lasem Szumiących Dębów i wrócimy obrzeżami Wydm Ośmiu Pustelników. Tak będzie bezpieczniej.

 

Droga powrotna do Zamku minęła jednak spokojnie. Nikt ich nie śledził. Mijali innych wędrowców, podróżujących samodzielnie lub w mniejszych grupkach, przeważnie konno, rzadko pieszo, prowadząc zwierzęta juczne.

Do Zamku wkroczyli po dwóch dniach podróży.

 

Thomas bez słowa wziął klucz z rąk Kaji. Nie pytał o nic: ani o przebieg wyprawy, ani o ewentualne kłopoty, jakby nie interesowały go własne dzieci i ich bezpieczeństwo. Zdziwiło to trochę Dilę; zrobiło jej się przykro.

– Nie martw się – pocieszała ją Kaja. – To przez czar Chalenidy. I tęsknotę za naszą mamą. Chyba dodatkowo zaczął tracić nadzieję, że to wszystko się kiedyś skończy i wrócą dawne, dobre czasy, bez strachu.

 

Klucze Zamku Granicznego – Część II, Wyprawy – Rozdział 1. i 2.

1

– Więc to już? – Thomas popatrzył smutno na Kaję.

– Tak, ojcze. Dila to twoja druga córka, a moja siostra. Właśnie się o tym dowiedziała. A ja wierzę w przeczucie Chrystiana, że się w tej sprawie nie pomylił. Jest w końcu kuzynem mamy, dalekim, ale jednak. I waszym przyjacielem, ojcze. – Dziewczyna umilkła; z trudem przełknęła ślinę. – Nie rozumiem, skąd u ciebie z kolei tyle wątpliwości.

– Nie dane mi było poznać mojego drugiego dziecka. Czarownica wiedziała, co robi, zostawiając mnie bez żony i w takiej niepewności co do córki. Wiem jedno; jeśli Dila nie byłaby twoją siostrą, to cała misja na nic, a ty sama możesz stracić życie. Ja wtedy…

– Tato, Dila jest moją siostrą.

– Jednak ryzykujesz takim stwierdzeniem. Brak dowodów…

– Nie ma już czasu, tatusiu; doskonale o tym wiesz. A ja wierzę i czuję, że to nasza krew. – Kaja zamilkła na chwilę. – Proszę, daj mi pierwszy klucz. – Jej głos zadrżał, ale błysk w oczach zdradzał, że mimo strachu, podjęła już decyzję.

Thomas westchnął ciężko.

– Wszystko przygotowane do drogi?

– Tak.

– Przyjdź po klucz jutro przed wschodem słońca. Przyjdźcie obie. Udzielę wam mojego błogosławieństwa.

 

– O co chodzi z tymi siostrami i niepowodzeniem? – Dila wyraźnie nie zrozumiała wymiany zdań miedzy Thomasem a Kają.

– Tylko siostry mogą pokonać czar Chalenidy wspólnymi wyprawami. Po klucze może się ze mną wybrać każdy, ale tylko z rodzoną siostrą mogę uwolnić mamę z wieży i zrzucić czar z Zamku i ojca. Jeśli zabraknie mojej siostry podczas wykonywania zadań, mogę nawet zginąć, a już na pewno zaprzepaściłoby to szanse na ratunek dla naszej rodziny.

– To straszne – Dila zbladła. – A jeśli ja nie jestem jednak twoją siostra? Ojciec, zdaje się, nie jest w ogóle co do tego przekonany.

– Wiele przeszedł, w wielu sprawach jest zrezygnowany. Mało komu wierzy. To wszystko także jest wynikiem rzuconego czaru.

– Wiedział, że mogę być jego córką, kiedy tu przybyłam?

– Przecież ci – mówiłam, że Chrystian wyruszył z misją, żeby cię odnaleźć. I to wyłącznie na rozkaz ojca.

– To dlaczego zgodził się, żebym była… służącą?

– Widzisz, to z kolei była część przepowiedni, która musi się wypełnić,  żebyśmy miały szansę na powodzenie misji. Ale powiedz, czy podczas służby dotknęła cię jakaś krzywda, przykrość lub niesprawiedliwość?

– Nie – Dila mocno pokręciła głową. – Ale i tak uważam, że to nie w porządku.

-Wiem, że  to wszystko jest trudne. – Kaja posmutniała. – Mi też nie jest łatwo, siostrzyczko.

Dziewczęta stały przez chwilę w milczeniu, patrząc przez okno na las w dole.

– Chodźmy już – Kaja położyła rękę na ramieniu Dili. – Trzeba iść spać. Jutro czeka nas wczesna pobudka i pracowity dzień, który nie wiadomo kiedy się skończy.

 

 

2

 

Obie spały bardzo nerwowo, budząc się co jakiś czas. W efekcie na nogach były na długo przed momentem stawienia się przed obliczem ojca. Ubierały się i jadły w milczeniu, po czym podążyły do komnaty Thomasa. Także on sam wydawał się, jakby niewiele spał od wczorajszego wieczora

Patrzył przez chwilę na dziewczęta badawczo, a szczególnie na Dilę. Po raz pierwszy patrzyła mu prosto w oczy, jakby chciała udowodnić, że ma swój honor, który ucierpiał w efekcie wątpliwości pana Zamku. W końcu mężczyzna westchną i spuścił wzrok. Ucałował Kaję i Dilę w czoła i wręczył im ogromny klucz.

– Pilnujcie go jak w oka w głowie, bo tylko z nim wasza misja może w ogóle się zacząć.

Wyszły z komnaty nie oglądając się za siebie, choć Dila była pewna, że starsza siostra chętnie by to zrobiła, by jeszcze raz popatrzeć na ojca.

 

Na dziedzińcu, obok wierzchowców dziewcząt, stał Evan.

– Co tu robisz? – Dila nie kryła zaskoczenia.  Sądziła, że ich misja jest tajna.

– Jadę z wami – chłopak uśmiechnął się wesoło.

– Czy to możliwe?

– Tak – Kaja uspokoiła siostrę – Przepowiednia mówi: „dwie siostry i ich przewodnik, obrońca i przyjaciel”.

Dila przyjęła wiadomość z widoczną ulga; zrobiła przy tym tak zabawną minę, że towarzysze wyprawy wybuchli śmiechem.

– No już dobrze, siostrzyczko – Kaja widząc smutek dziewczynki, chciała ją od razu udobruchać i pocieszyć. – Nie złość się za nasz śmiech. Ruszamy! Jak nazywało się to miasto, w którym znalazł cię Artur?

– Igotyn.

– To oznacza, że tym razem nie jedziemy daleko. Musimy jednak ominąć Przypustynie – Kaja wyprzedziła pytanie siostry. – Wiem, że tęsknisz, ale niestety…

– Ale liczy się czas? – domyśliła się Dila.

– To też. Ale przede wszystkim chodzi o tajność misji. Chalenida prędzej czy później może się dowiedzieć, że czas już nadszedł.

– Co wtedy się stanie?

– Wiedźma nie może nas zabić, ani uwięzić. Tak mówi wielka Księga Praw.

– To co może zrobić?

– Utrudniać i opóźniać. Wie, że zależy nam na czasie.

Dziewczęta zamilkły na chwilę.

– Nie znałam matki – Dila zamyśliła się. – Ale zawsze chciałam mieć pełną rodzinę. Mam już siostrę i ojca, choć, jeśli o niego chodzi, muszę zburzyć jeszcze kilka niewidzialnych murów… Teraz jeszcze chciałabym móc powiedzieć do kogoś „mamo”… Jaka ona jest?

– Bardzo dobra. I mądra. Właściwie to dobrze, że nie było jej dane rozpaczać, kiedy ciebie porwano. Właśnie wtedy ojciec zaczął być taki nieprzystępny. Byłam wtedy mała, ale pamiętam, że przestał mnie przytulać i posmutniał. Kiedyś był inny; lubił się śmiać i był bardzo serdeczny. Kiedy na horyzoncie pojawiał się problem, po prostu myślał, jak go rozwiązać, zamiast się zamartwiać. Dużo rozmawiał z ludźmi. Teraz robi to tylko, kiedy jest to konieczne.

Kaja zamilkła i przez jakiś czas jechali w ciszy.

– Myślisz, że po zakończeniu misji wszystko będzie, jak kiedyś?

– Nie, będzie zupełnie inaczej, ale na pewno normalniej: z radością, miłością i wreszcie całą rodzina razem – Kaja wyraźnie poweselała na chwilę. Uśmiechnęła się serdecznie do siostry, która po raz pierwszy naprawdę poczuła, że ktoś ją chyba kocha.